Pierwszy wpis z cyklu…

Pierwszy wpis z cyklu #opowiescimentalisty nie spotkał się z jakimś wielkim zainteresowaniem, ale i hejtów nie było, więc po tygodniu czas na odcinek drugi. Dziś cofniemy się nie o 70, ale o 18 lat i wyjedziemy z Polski do Francji. 25 lipca 2000 roku pod Paryżem rozbił się Concorde linii Air France. Życie straciło tego dnia 113 osób – wszyscy pasażerowie feralnego lotu oraz 4 znajdujące się na ziemi. Połowę tej ostatniej grupy stanowiły dwie Polki.

CONCORDE

Samoloty pasażerskie Concorde po raz pierwszy wzbiły się w powietrze w 1969 roku. 7 lat później zaczęto wykorzystywać je do przelotów pasażerskich. Co w nich wyjątkowego? Turboodrzutowe maszyny produkcji angielsko-francuskiej były samolotami naddźwiękowymi, latającymi z prędkością przelotową dochodzącą do 2170 km/h na wysokości blisko 20 km, czyli dwukrotnie szybciej i dwukrotnie wyżej, niż samoloty latające dzisiaj. Podróż z Europy do USA dzięki nim zmalała o połowę. Rekordowy lot Concorde z Londynu (Heathrow) do Nowego Jorku (JFK) trwał… 2 godziny 52 minuty i 59 sekund! Samoloty latały jednak tylko do 2003 roku, a jedną z głównych przyczyn ich wycofania z użytku była paryska katastrofa z 2000 roku, o której więcej poniżej.

*Ciekawostka: Jedynym samolotem pasażerskim, który mógł konkurować z Concordem był radziecki Tu-144, nazywany „concordskim”. Rosjanie wybudowali go… wykradając dokumentację technicznąfirmy produkującej Concorde. Tu-144 był jednak mocno awaryjny i mimo kilku udanych przelotów szybko zrezygnowano z jego masowej produkcji.

ZA PÓŹNO, NIE MA CZASU

„Too late, no time, no” – to ostatnie słowa, które popołudniem 25 lipca 2000 roku wypowiedział kapitan samolotu Christian Marty tuż przed runięciem na hotel i restaurację „Les Relais Bleus” w podparyskim Gonesse. Concorde ruszył pasem startowym dwie minuty wcześniej. Wówczas jeszcze nic nie zapowiadało tragedii 100 pasażerów, którzy obsługiwani przez 9 osób z personelu pokładowego wybierali się w podróż do Nowego Jorku.

W trakcie rozpędzania się maszyny, jedno z jej kół najechało na pasek metalu, który – jak się później okazało – odpadł ze startującego wcześniej samolotu McDonnell Douglas DC-10. Ogumienie w samolotach Concorde nie należało do najbardziej trwałych i eksploatowało się już po ok. 25 startach i lądowaniach. Opona została rozerwana na strzępy, a jej blisko 5-kilogramowy fragment uderzył w skrzydło, doprowadzając do wycieku paliwa i jego pożaru. Samolot pędził wtedy już ponad 300 km/h, co oznacza że przekroczona została już prędkość decyzji (V1). W związku z tym piloci nie mieli już możliwości wyhamowania i musieli rozpocząć wznoszenie w powietrze, mimo tego, że o ogniu wydobywającym się spod podwozia informowały ich nie tylko przyrządy pokładowe, ale i wieża kontrolna.

2 MINUTY HORRORU

Problemy wywołały nieprawidłowy tor jazdy jeszcze na pasie startowym. W związku z tym, pilot poderwał maszynę jeszcze przed osiągnięciem wymaganej prędkości minimalnej do wzniesienia się w powietrze. Zarządzono wyłączenie zniszczonego silnika numer 2, jednak mimo wszystko samoloty są skonstruowane w taki sposób, by pracować wyłącznie na jednym silniku. Niestety, silnik numer 1 normalnie pracował tylko przez kilkanaście sekund. Dostały się do niego gorące gazy i paliwo ze zniszczonego silnika, przez co i on po chwili stracił ciąg.

Równo po dwóch minutach od wydania rozkazu startu (16.42:31) Concorde runął na hotel w Gonnesse (16.44.31). Życie straciło 113 osób, m.in. 96 Niemców i 9 Francuzów. Większość pasażerów to bogaci turyści, klienci niemieckiej firmy turystycznej, która wyczarterowała samolot. W Nowym Jorku czekał na nich już wycieczkowiec MS Deutschland, mający zabrać ich w dwutygodniową podróż do Ekwadoru. Wśród ofiar na ziemi znalazły się z kolei m.in. dwie młode Polki, które przebywały tego dnia w hotelu Les Relais Bleus”.

CZY TYLKO PRZYPADEK?

Przyczyną katastrofy z pozoru był tylko przypadek. Maszyna najechała na jakiś element, który odpadł z innego samolotu. Splot niefortunnych wydarzeń i tragedia gotowa? Niekoniecznie.

Opony w samolotach Concorde nie były dobrze przystosowane do przeciążeń, którym przy wysokich prędkościach ulegał samolot. Po tragedii wyszło na jaw, że mechanicy wielokrotnie musieli zmagać się z problemami związanymi z ogumieniem samolotów. Mimo tego, że zastrzeżenia zgłaszano ponadprzeciętnie często, dopiero po katastrofie zaczęto kombinować, jak dodatkowo zabezpieczyć silniki w razie pęknięcia opony.

Dodatkowo, samolot był znacznie przeładowany. Z powodu zbyt ciężkiego bagażu w tyle samolotu, przeciążenie przekraczało jedną tonę. W tych okolicznościach, ta tona mogła zaważyć o być albo nie być pasażerów i załogi.

Trzeba jednak przyznać, że warunków niesprzyjających Concordowi było jeszcze więcej. Pas startowy francuskiego lotniska w ponad 1/3 posiadał nawierzchnię złej jakości (naprawioną, a jakże, niebawem po katastrofie). Tuż przed wypadkiem zmienił się też wiatr – na niekorzystny, wiejący w tył samolotu.

Niezależnie od przyczyn tej katastrofy, niedługo po niej samoloty marki Concorde wycofano z użytku. Ryzyko kolejnych podobnych przypadków było zbyt duże, dodatkowo wokół samolotów z angielsko-francuskiej stajni zaczął wytwarzać się negatywny PR, który osłabił popyt na superszybkie loty. W 2003 roku Concorde wzbił się w powietrze po raz ostatni, co na kolejne 15 lat wstrzymało ponaddźwiękowe loty na świecie. Obecnie nad produkcją superszybkich samolotów pracują m.in. Japończycy i Brytyjczycy, a efektów ich pracy spodziewać można się za 2-3 lata.

#katastrofawprzestworzach #katastrofa #concorde #zdarzylosiewczoraj #paryz #niemcy #tragedia #historia