Kiedyś zachciało mi się…

Kiedyś zachciało mi się sprawdzić jak to jest z tymi „rzymskimi dokumentami państwowymi”, rzekomo najlepszy i najbardziej obiektywny dowód na istnienie Jezusa Chrystusa z Nazaretu. No i się okazało, że to szanowany rzymski historyk i senator Tacyt (żył w latach ok. 56-120) poczynił odpowiedni zapis – w „Rocznikach” napisanych ok. 116 roku. Czyli, licząc preferencyjnie, ok. 80 lat po śmierci Jezusa. Ale zaraz, skąd mamy oryginał „Roczników” Tacyta? No nie mamy. Mamy kopię. A konkretnie kopię kopii z kopii kopii z… ok. 1038-55 roku. Przechowywana w klasztorze na Monte Cassino, jest kopią z wcześniejszej kopii, która jest kopią z jeszcze innej kopii, która (w końcu) była kopią z oryginału z V wieku (lub wcześniej), ale przypuszcza się, że po drodze była jeszcze co najmniej jedna kopia. Nie wiadomo jak ten dokument znalazł się na Monte Cassino.

Podsumowując: Tacyt wziął ową informację z drugiej albo trzeciej ręki, natomiast o tym, że on ją wziął z drugiej albo trzeciej ręki, my wiemy z dokumentów ręcznie kopiowanych przez mnichów przez 1000 lat. Nie wiem jak wam, ale dla mnie mnisi są najmniej obiektywną stroną w tym sporze. Tym bardziej, że wiemy, iż owa istniejąca kopia już była modyfikowana – i to w słowie „Christianos”. Było napisane „Chrestianos”, w którym ktoś – z niewiadomego powodu – zmienił „e” na „i”.

Nie jestem historykiem, nawet amatorem, więc jak popełniłem jakieś błędy albo coś źle sprawdziłem, to chętnie się dowiem.
#historia #bekazkatoli