Zanim weźmiemy się za próbę…

Zanim weźmiemy się za próbę powiedzenia czegoś sensownego o konwersjach na chrześcijaństwo wśród mieszkańców Cesarstwa Rzymskiego, wypadałoby zadać sobie kilka pytań wstępnych i wyjaśnić wątpliwości z nimi związane. Z pomocą przychodzi nam Ramsay MacMullen, autor „Christianizing the Roman Empire”.
Próby ujęcia tego tematu są niezmiernie trudne dla historyków z kilku powodów. Przede wszystkim szczupłość źródeł. Konwersja na nową wiarę jest zjawiskiem społecznym związanym z wieloma czynnikami. Żeby ją chociaż w miarę dobrze prześledzić należałoby bardzo dobrze poznać badane jednostki. W końcu każda z nich ma swoje własne powody żeby zmienić wiarę.
Jest to niestety niewykonalne. Miażdżąca większość ludzi nawróconych na chrześcijaństwo nie zostawiła po sobie żadnych zapisków ani innych wskazówek, które mogłyby dać nam chociaż częściową odpowiedź na pytanie dlaczego zdecydowali się na taki krok.
Proces konwersji możemy prześledzić tylko dla kilku przypadków. Przypadki te i tak nie są do końca jasne bo autorzy prac, które dotrwały do naszych czasów, koncentrowali się zazwyczaj na czymś innym. O swoich życiowych doświadczeniach i przemyśleniach, które pchnęły ich do konwersji wspominali, w większości, bardzo zdawkowo.
Nawet gdy w tych nielicznych, w miarę dobrze uźródłowionych przypadkach, udaje nam się chociaż trochę zrekonstruować prawdopodobne motywy i przesłanki za konwersją, to nie do końca możemy generalizować. W końcu trudno przypuszczać, że dokładnie takie same pobudki kierowały na przykład Augustynem, wykształconym i bywałym, a hipotetycznym asyryjskim kupcem Adorem czy celtyckim rolnikiem Brennusem.
Mamy kilka skąpych wzmianek na temat konwersji ludzi nie zaliczających się do grona intelektualistów. Niestety, tak naprawdę to raczej zwiększają one liczbę pytań niż zmniejszają. Żeby uzmysłowić sobie o czym mowa, posłużę się przykładem MacMullen’a, dotyczącym masowej konwersji Beduinów.
Relacja pochodzi od Teodoreta z Cyru. Opisuje historię „pielgrzymek” grup Beduinów, którzy odwiedzali słynącego z czynienia cudów Symeona Słupnika. Przybywali oni w dużych grupach, liczących nawet do tysiąca ludzi. W czasie wizyty wyrzekali się swoich przewinień i niszczyli figurki swoich bóstw.
Prosili Symeona o instrukcję i wstawiennictwo. Ten chętnie nauczał ich i błogosławił, co wprawiało Beduinów w ekstatyczny stan. Emocje były tak silne, że pewnego razu prawie zdeptali Teodoreta, niezauważając go, gdy biegli po błogosławieństwo do symeonowego słupa.
W teorii mamy masowe nawrócenie Beduinów na chrześcijaństwo. Co jednak możemy o nim naprawdę powiedzieć? Czy ludzi, którzy całą swoją wiedzę o chrześcijaństwie czerpali z kilkugodzinnego przebywania pod słupem świętego można nazwać chrześcijanami? Jak wyglądała implementacja tych „nauk” do ich stylu życia? Na ile pozostawali im wierni? Jak je tak naprawdę rozumieli?
Rozumienie jest poważnym problemem, bo ludzie zasadniczo nie postrzegają religii w ten sam sposób. Wiele zależy na przykład od kontekstu kulturowego. W naszym przyjęło się uważać, że religia, to w dużej mierze doktryna i wiara. Wykop jest pełny „XXX to nie chrześcijanin bo Biblia mówi YYY a on robi ZZZ”. To nie znaczy, że zawsze tak było. I nie jest tak wszędzie.
Jakże zdziwieni byli europejscy badacze wychowani na podobnych poglądach gdy próbowali zrozumieć szinto. Campbell przytacza ciekawą anegdotę. Sytuacja miała rzekomo miejsce na jednym z kongresów poświęconych religioznawstwu. Rozmowa toczyła się między zachodnim socjologiem a kapłanem szinto i przebiegała mniej więcej tak:
– Socjolog: Wiesz, odwiedziłem kilka świątyni szinto i byłem świadkiem wielu rytuałów oraz przeczytałem sporo książek, ale wiesz… nadal nie łapie waszej ideologii i waszej teologii.
– Kapłan: Nie mamy ideologii. Nie mamy teologii. Tańczymy.
Ma to niebagatelne znaczenie. Nie mniejsze mają też inne pytania, które możemy zadać. Brak nam jednak przekonujących odpowiedzi. Mimo to, próbujemy. Rekonstruujemy na podstawie informacji na temat konwersji pokrewnych grup, szukamy odpowiedników we współczesnych badaniach i spekulujemy w oparciu o to, co wydaje nam się prawdopodobne.
Tego typu próby rekonstrukcji potrafią być jednak niebezpieczne i są obarczone dużą dozą gdybania. Mimo to robią zawrotną karierę. MacMullen określa je zbiorczo mianem „antropologizacji” – czyli przenoszenia badań współczesnych zjawisk religijnych i współczesnych wyobrażeń na to, co zdarzyło się wiele wieków temu i/lub szukania odpowiedników wśród innych grup.
Przy omawianiu tematu jakichkolwiek wierzeń jest nieomal obowiązkiem przywołanie przykładu słynnego, polinezyjskiego „kultu cargo” (colega @luvencedus też opisywał). Jeśli zaś chodzi o wczesne chrześcijaństwo, to współcześni badacze lubią podpierać się przykładami kimbangistów (w tej serii też pojawiło się do nich odwołanie) i współczesnej działalności misjonarskiej w Afryce i Azji.
Nie chodzi o to, że to coś złego. Chodzi bardziej o to, że należy być bardzo ostrożnym przy wysuwaniu daleko idących wniosków i przenoszeniu sytuacji, które często mają ze sobą niewiele wspólnego poza tym, że dotyczą wierzeń. Problem jest głębszy i dotyczy w zasadzie wszystkich nauk społecznych i nieumiejętnego korzystania z nich.
Otóż – nauki społeczne nie są naukami w takim sensie, jak nauki ścisłe. Różnica polega na przykład na tym, że (to duże uproszczenie, ale niech tam) te drugie są w stanie formułować ogólne prawa, te pierwsze zaś nie. I tak, jeśli skoczysz z dziesiątego piętra to zawsze polecisz na dół i sobie głupi ryj rozwalisz.
Zawsze. Bez wyjątków. Grawitacja na Ziemi zadziała tak samo, niezależnie od kultury, rasy, religii, przeżyć i lokalnych uwarunkowań skaczącego z 10 piętra. Podobnie jak opór elektryczny zawsze zależy od długości, przekroju i materiału z jakiego wykonany jest przewodnik – orientacja seksualna i preferencje muzyczne producenta i pracownika produkcji nie mają znaczenia.
Tego samego nie można powiedzieć o zjawiskach społecznych, które są przedmiotem zainteresowania nauk społecznych. Jest to efekt tego, że przedmioty badań nauk ścisłych, takie jak elektrony, pierwiastki, fale etc. są stosunkowo proste, stabilne i można je w miarę precyzyjnie opisać. Tego samego nie można natomiast powiedzieć o ludziach.
Ludzie są różni, każdy człowiek jest niesamowicie złożony i to w jakim znajduje się teraz stanie jest efektem tysięcy, a może i milionów czynników. Co gorsza wielu z tych czynników nawet nie potrafimy zidentyfikować i zmierzyć. Żeby było jeszcze gorzej – ludzie cały czas się zmieniają. Wyobrażacie sobie jak ciężką dziedziną byłaby fizyka, gdyby każdy atom był unikalnym „bytem” a jego właściwości i zachowanie wynikały by z osobistej historii?
To, że słynni amerykańscy naukowcy „udowodnili” że, nie wiem, właściciele yorków mają średnio o 3 pkt. wyższe IQ niż właściciele cocker-spanieli, badając reprezentatywną grupę Amerykanów ze stanów Midwestu, nie znaczy, że wynik tego badania będzie zawsze i wszędzie prawdziwy. Tymczasem jeśli zmierzą rezystancję przewodu o długości X, wykonanego z materiału Y i o przekroju Z to będzie ona zawsze taka sama.
Może się okazać, że w Kenii jest dokładnie na odwrót bo, powiedzmy, panuje inna moda i yorki są szalenie popularne wśród profesorów, a cocker-spaniele, to ulubione psy bezdomnych. Bardzo szybko może się też okazać, że w tych samych stanach Midwestu sytuacja radykalnie zmieni się w 2 lata, bo ludzie decydujący się dotychczas na yorki przerzucą się na inne psy.
To taka mała, kilkuakapitowa dygresja. Niemniej ważna, ponieważ traktowanie badań nauk społecznych jak badań nauk ścisłych jest popularnym błędem i/lub techniką manipulacji. Jak wam ktoś za jakiś czas wrzuci na mirko zarzutkę w stylu „według badań amerykańskich naukowców zwolennicy poglądów XYZ mają IQ wyższe średnio o X pkt niż zwolennicy poglądówZYX i o Y wyższe niż ci opowiadający się za ZYX” to wklejcie mu to: https://blogs.scientificamerican.com/cross-check/is-social-science-an-oxymoron-will-that-ever-change/ i zajmijcie się czymś bardziej pożytecznym niż bicie piany.
Nawiązując do tematu przewodniego – nie chodzi o to, żeby całkowicie odrzucać analogie i założenia, które będziemy przyjmować. Mają one sens i istnieje spora szansa, że są zasadne. Należy jednak być uczciwym i przede wszystkim nie iść z nimi za daleko oraz mieć świadomość, że nasze próby rekonstrukcji są często oparte na bardzo wątłych podstawach. Lepszych i pewniejszych póki co jednak nie mamy.
Dlatego też na samym wstępie zaznaczamy, że nasz obraz będzie miał wiele dziur, a na domiar złego znaczną częścią tego obrazu będą, mniej lub bardziej udanie naszyte, łaty (przypuszczenia). Aż chce się powiedzieć: „Witamy w świecie historii wczesnego chrześcijaństwa”.
Jak zatem w ogóle rozumieć sformułowanie „nawrócił/a się na chrześcijaństwo” w kontekście pierwszych wieków?
W samych źródłach, często apokryfach, nawrócenie jest zazwyczaj ściśle powiązane z cudem, którego dokonuje apostoł/misjonarz. Nowi wierni deklarują wówczas: „Jest jeden Bóg, Bóg Jana [cytat pochodzi z Dziejów Jana] … Zostaliśmy nawróceni poprzez cudowne czyny, których byliśmy świadkami! Miej litość nad nami Panie, niech będzie wola Twoja i ocal nas przed grzechami!”. Taki nawrócony przechodził później przez instruktarz i uzyskiwał pełne członkostwo we wspólnocie.
Nie wiadomo czy taki opis jest wiarygodny. I nie chodzi tu o prawdziwość cudów. Jest po prostu prawdopodobne, że ludzie nawracali się z innych powodów, a opowieść o cudzie była dodawana później. Być może robił to dopiero kompilator ustnych przekazów, po to, żeby wpasować ją w znany mu kanon. Z analizy źródeł wiemy bowiem, że cuda są nieodzowną częścią tego typu historii.
MacMullen, na podstawie analizy tekstów traktujących o wierzeniach z epoki, uważa jednak, że w większości przypadków obraz ten jest prawdziwy. Twierdzi on, że o nawróceniu czy wierze ogólnie decydowało przede wszystkim przeświadczenie, że siły czczone przez wiernego zaopiekują się nim w ciągu jego życia i/lub gdy umrze.
Oczywiście istniało wielu ludzi, których poglądy na kwestie metafizyczne były efektem wielu lat poszukiwania i refleksji. Na przykład Święty Augustyn. Tyle, że znamienita większość ludzi była zainteresowana tym, co dany system wierzeń jej oferuje i na ile jest prawdziwy, w znaczeniu korzyści, które przynosi tu i teraz. Widać to nie tylko na przykładzie tekstów i znalezisk dotyczących chrześcijaństwa, ale także innych wierzeń.
Uzdrowienie i ukojenie wynikające ze świadomości opieki i życia po śmierci, trwała wspólnota, dobre wzorce życia etc. były w cenie. Dopiero po przekonaniu się, że dane wierzenia coś dają, następowało zainteresowanie doktryną rozumianą tu jako „w jaki sposób należy wierzyć, zachowywać się i czcić bóstwo, aby dostąpić łask”.
Poglądy te są związane z pracami i teoriami Arthura Nocka, który twierdził, że większość ludzi nie jest tak naprawdę zainteresowana teologicznymi czy nawet rozumowymi rozkminami, dzieleniem włosa na czworo i szukaniem sensu czy logiki w wierzeniach.
Te rzeczy cechują o wiele węższą, aczkolwiek wpływową grupę. Jej działalność i twórczość często wykrzywia obraz rzeczywistości. Mówimy o starożytności. Nie było mirko czy facebooka, na których zwykły Anonides mógłby podzielić się swoim spojrzeniem na sprawę. Ba! Anonides, Anonus czy Anoszua nie zawsze umieli pisać.
W myśl teorii Nock’a i idącego za nim MacMullena, większość ludzi (albo chociaż znacząca grupa) bardziej przejmowała się tym, co może mieć dzięki wierze i wypełnianiu praktyk religijnych niż tym, czy Bóg jest jeden w trzech osobach czy po prostu jeden.
Niesie to ze sobą kilka implikacji dla naszej sprawy. Konwersja na chrześcijaństwo (albo jakąkolwiek inną religię/system wierzeń w tamtych czasach) nie oznaczała nagłego i radykalnego zwrotu w życiu większości konwertytów, zwłaszcza tych pochodzących z masowych nawróceń i klas, nazwijmy to, ludowych.
Zaraz, zaraz co Ty mówisz? Przecież w poprzednich odcinkach pisałeś, że przed przyjęciem chrztu było kilka lat katechumenatu połączonego z instruktarzem i sprawdzaniem czy prowadzenie się danego kandydata rzeczywiście wskazuje na wcielanie chrześcijańskich ideałów w życie!
To wszystko prawda, ale ze źródeł wiemy, że szeregi chrześcijan zaczęły szybko rosnąć, przemieniając nową religię w masową. To, co jest do zrobienia w momencie gdy żyjemy we wspólnocie 50 osób i mamy 5 zainteresowanych, przestaje być do zrobienia gdy żyjemy we wspólnocie 200 i mamy 500 zainteresowanych. Z czego 300 pochodzi z osad, w których w ogóle nie ma „starych chrześcijan”, a w mieście są raz na trzy miesiące.
Ponadto nie jest łatwo zmienić przyzwyczajenia i sposoby myślenia ludzi. Poganie nie zapomnieli magicznie o bagażu doświadczeń i wiedzy wyniesionym z życia przed przyjęciem chrztu. Stare wpływy były wszędzie: w życiu wspólnotowym, w języku, w zwyczajach czy w historiach, które opowiadali sobie ludzie. Materiał który mamy pokazuje, że chrześcijaństwo w dużej mierze raczej zasymilowało się ze „starym”. Jednocześnie jednak zaasymilowało stare.
Oczywiście nie znaczy to, że nic się nie zmieniło. Nowa religia wnosiła nowe idee i inaczej rozkładała akcenty w tych, które już funkcjonowały. Z biegiem czasu te nowinki i transformacje zaczęły na dużą skalę odbijać się także na życiu tzw. „zwykłych ludzi”. Przykładem może być skupienie się na charytatywności czy wspominany już zakaz zabijania dzieci.
Nie znaczy to tym samym, że nie było ludzi, którzy próbowali radykalnie zerwać z przeszłością lub raczej tym, co oni rozumieli jako przeszłość. Widać to na przykładzie spojrzenia chrześcijan na kwestie związane z ich dziedzictwem pochodzącym sprzed przyjęcia chrztu. Dajmy sobie może prosty przykład, żeby lepiej to zobrazować.
Radykalniejsza część chrześcijan wypracowała pogląd, że wszystko co pochodzi z kultur pogańskich jest czystym złem, a sami bogowie i nadprzyrodzone istoty z innych wierzeń, to tak naprawdę demony. W tym samym czasie powstał i zdobył popularność zgoła odmienny pogląd.
Głosił, że Bóg w jakiś sposób dał wszystkim ludziom na Ziemi swoje niepełne objawienie (na pełne nie byli gotowi). I tak jak Żydzi otrzymali prawo, tak na przykład Grecy dostali filozofię. Przez wieki ludzie rozwijali te niepełne prawdy. Czasem jakaś część z nich została bardzo mocno zdeformowana. W końcu jednak przyszedł Chrystus, który nie dość, że zbawił ludzkość, to objawił jej całą prawdę.
Skoro były próby radykalnego zerwania, a brakuje źródeł, to skąd wiemy, że to raczej ta druga opcja wzięła górę? Cóż, nie trzeba wiele by zauważyć jak wiele historii, sposobów życia, myślenia i wierzenia znanych poganom, przetrwało nawet do dzisiaj. Tyle, że w niejako „ochrzczonej” formie.
Ok, wiemy już, że cała sprawa jest o tyle bardziej problematyczna, że religijność jest bardzo złożonym zjawiskiem społecznym. Jego pojmowanie, przejawy i rola jaką odgrywa w życiu jednostek i społeczności ewoluuje i zmienia się z czasem – podobnie jak same religie/wierzenia.
I tu dochodzimy do clou – niestety ale granice dla tego co znaczyło nawrócić się na chrześcijaństwo będziemy musieli wyznaczyć arbitralnie – jakaś obiektywna definicja nie istnieje, materiał jest zbyt ograniczony. Jednak, żeby cokolwiek powiedzieć, musimy tę definicję mieć.
Definicja nie może być zbyt wąska, bo jeśli za chrześcijan uznamy tylko tych, którzy mieli spore pojęcie o kształtujących się wówczas doktrynach, to zostaniemy z garstką intelektualistów i przegapimy wiele zjawisk, powoli transformujących społeczeństwo.
Z drugiej strony nie może być ona zbyt szeroka – wówczas bowiem okaże się, że każdy kto chociaż raz zakrzyknął coś o Chrystusie, modlił się albo prosił duchownego/świętego o błogosławieństwo, jest chrześcijaninem. Znaczyło by to, że chrześcijaństwo rozprzestrzeniło się szybciutko i nie wolniej zapuściło głębokie korzenie.
MacMullen proponuje zatem następującą definicję przejścia na chrześcijaństwo: chrześcijaninem staje się ten, kto deklaruje wiarę we wszechmocnego chrześcijańskiego Boga i zobowiązuje się, że będzie przestrzegał zakazów i nakazów, płynących z faktu bycia chrześcijaninem. I nie zmienia zdania.
Wiem, że definicja ta nie jest idealna. No, ale jakąś musimy mieć.
Wielu z tak nawróconych ludzi, zwłaszcza gdy mówimy tutaj o późniejszych czasach, w których chrześcijaństwo stało się państwową religią, miało bardzo luźne związki z religią czy kościołem i prawie zerową wiedzę na temat tego, w co i dlaczego powinno się wierzyć.
Ci bardziej „wczuci” chrześcijanie próbowali z tym walczyć poprzez coś, co moglibyśmy nazwać religijną edukacją. Wspólnoty (oczywiście nie wszystkie i nie zawsze) zaczęły z biegiem czasu i wzrostem liczby wyznawców, wychodzić z założenia, że żeby zostać chrześcijaninem trzeba przede wszystkim chcieć nim być, a proces formacji może zajmować nawet długie lata.
No dobra dość użalania się nad sobą i płakania , że tamtego nie wiemy, tamto nie jasne, a w ogóle to, nie przymierzając, rekonstruujemy barokowe wnętrze z klocków duplo, a na domiar złego połowy z nich nie mamy i musimy używać plasteliny. Wypadałoby przejść do rzeczy. Niestety, nie starczy nam na to odcinka. Dam zatem ostatnie zastrzeżenie.
Temat konwersji, jakkolwiek banalnie to brzmi, dotyczy oczywiście pogan, a nie chrześcijan. Bo to właśnie oni nawracali się na chrześcijaństwo, a nie odwrotnie. Z tego też tytułu będziemy mówić przede wszystkim o poganach i ich świecie. Zanim przejdziemy do chrystianizacji, musimy nieco przybliżyć sobie to, jak żyli, wierzyli i myśleli poganie. I to właśnie zrobimy w kolejnym odcinku.
PS. Mam nadzieję, że nie ma miliarda błędów. Wielkie dzięki za pomoc dla @robson7 . W razie jakby jednak były (jakiekolwiek) proszę o zgłaszanie
PS. 2 Wiem, że 4 strony a4 zastrzeżeń to dużo, ale pomyślałem, że będzie dobrze nieco głębiej wejść w temat i zwrócić uwagę na problemy które mamy. W końcu nic tak nie pomaga zrozumieć historii jak pisanie o jej bolączkach i ograniczeniach.
#gruparatowaniapoziomu #chrzescijanstwo #katolicyzm #niedoszlahistoria #historia #4konserwy #neuropa #ateizm #zainteresowania
Pochodzące z VI wieku przedstawienie Symeona Słupnika

Powered by WPeMatico