Po ponad dwóch miesiącach…

Po ponad dwóch miesiącach wrzucam następną część #historiedziadkamariana (zapraszam do obserwowania), przed nami części opisujące wkroczenie sowietów i powrót do Polski, ten odcinek sklejony jest z kilku zapamiętanych przez dziadka wydarzeń z pobytu w Niemczech.
Jest to kontynuacja ostatniej części Część pierwsza
Wszystkich którzy zaplusują ten wpis zawołam do następnego „odcinka”
#historia #iiwojnaswiatowa

Niemieckie dziecko podeszło do czekającego pod „stołówką” ruskiego i bez żadnego powodu zaczęło go obijać, jeniec oczywiście pozostawił to bez odpowiedzi, niemiaszek gdy zrozumiał ze zwrócił na siebie uwage wszystkich do okoła zdawał się być zmieszany.
W obozie poznaliśmy rosjanki – Katarine i Marte
Katarina pracowała jak inni, jednak od innych więźniów odróżniało ją to ze w czasie pracy musiała zajmować się synem – Kolą
Katarina dzień w dzień kładła Kole na szafe, a dziecko w charakterystycznym dla psocenia wieku przez całą dobe potrafiło nawet nie zapłakać.
Kobiety z dziećmi były nie rozłącznym aspektem obozu, pewnego dnia obiegła nas przerażająca informacja dotycząca jednej z mieszkanek okolicznej wsi – Lututowa, do wychodka wpadło dziecko, już z niego nie wyszło… utopiło się w ludzkich fekaliach.

Jednym ze sposobów na zdobycie przez nas pożywienia było podkradanie ostruganych przez moją matke ziemniaków, Niemcy bardzo pilnowali aby nikt do obozu nie przemycił jedzenia, Wachmanni stojący na straży przeszukiwali dorosłych, jednak w stosunku do dzieci byli łagodniejsi i po paru przejściach wraz z moją kuzynką mieliśmy pełny garnek kartofli z których nasza babcia z mąki przywiezionej jeszcze
z Polski gotowała kluski, Pan Polewiak w tym czasie strugał „dzgodz” (tłuczek) za którego mógł poczęstować się kluskami.

Pamiętam gdy Niemcy zapędzili nas do jednego z bloków, gdzie wszyscy rozbierali się do naga,
Wachmani gnali nas pałami, kijami do łaźni, woda tam była raz zimna, raz ciepła, w momencie panicznego krzyku więźniów Niemcy się podśmiewali, w beczce znajdowało się strasznie twarde „mydło” które jak po wojnie dowiedzieliśmy się było jakimś insektobójczym preparatem, nasze ubrania zostały przeparowane aby zlikwidować wszy, jednak nie nadawały się już do wykorzystania, po prostu się rozpadały.

W docelowym obozie, a raczej czymś na kształt „pegieeru” mogliśmy obserwować Niemców, jedna z Niemek chodziła po sadzie i wolała imiona trzech mężczyzn, okazało się ze kobieta dostała informacje o śmierci ostatniego z synów.

W Woltzgardzie zostałem skierowany na szczepienia, w kolejce było dwóch Francuzów, widząc mnie wyjęli czekoladę i zaczęli mnie częstować.

Przed zbliżającym się frontem, z Malchow charakterystycznie ubrani więźniowie z jakimiś znakami na plecach było kierowanych w nieznanym kierunku, byli bardzo wygłodzeni, gdy przechodzili obok naszej kasernii babcia zaczęła rozdawać nieszczęśnikom chleb, jak tylko się skończył pobiegła po kluski które zostały i kontynuowała, za co w podziękowaniu dostała papierosy i mydło, całe zajście było oznaką początku końca, wiedzieliśmy ze Ruscy są blisko i wkrótce wkroczą do Rzeszy, ale to jak dalej potoczyła się historia dowiecie się wkrótce.