„Był to czas wielkiej…

„Był to czas wielkiej samotności…”, „Z osiedla ocalało tylko chybotliwe lustro wody w studni”

Otwieramy serie na krótkie opowiadania. Codziennie nie dam rady, ale będzie jakieś opowiadanie krótkie – mój wybór. Na pierwszy rzut będzie „Jeździec bez głowy” Zygmunta Haupta (urodzony 1907 rok). Pierwodruk w Wiadomościach w 1958 roku. Obecnie wszyscy chwalą tego pisarza i jest na niego moda i jest kilka dobrych opowiadań, ale jak na ponad 600 stronicowy zbiór „Baskijski diabeł”, to jest niewiele dobrego, ale ja jestem wymagający jeżeli idzie o krótką prozę. Haupt brał spory udział w II wojnie światowej: walczył jako oficer rezerwy w 10. Brygadzie Kawalerii Zmotoryzowanej oraz przeżył ewakuację Dunkierki. To opowiadanie jest o tym jak armie wkraczają w życie cywilów i niszczą „sielankę” o ile tak można nazwać życie chłopa podczas wojny. Rozpoczyna się od tego, że narrator czyta prywatny list miłosny chłopa schowany gdzieś w opuszczonym w pośpiechu domu:

„Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Z daleka, nie z bliska, pisze słowa mego listu. Przy stole siadam i papier rozkładam. Przyleciał sokół z góry i rzucił mi swoje pióro. Ty w środku, a ja z kraja, nasze ręce się podają. Ty górą ja doliną, między nami woda płynie”

Następnie jest o szabrownikach i okaleczonym torsie młodego żołnierza i bezsensie wojny.

„Pomiędzy Hinterlandem – linią tytułowego chaosu, raju cwaniaków, tchórzy, zabłąkańców, maruderów radzących tam sobie, wwalających się do opuszczonych domów, rozwalających drzwi sklepików, wypychających kieszenie jadłem, owocami, pudełkami papierosów, gadatliwych i wrzaskliwych, kryjących się przed nalotami w sieniach domów i piwnicach, rabujących i gwałcących, bredzących nieprzytomnie lub najchytrzej deformujących i tak już straszną prawdę, otóż pomiędzy tym a linią boju, czy jak to nazwać, był zawsze pas neutralny: ziemia niczyja, strefa bezosobowej, pustej trwogi. W niej to żyją i żerują bestie, stwory zrodzone z ciemności, którym wmiast oczu pali się zielone próchno, zamiast rąk mają szpony i haki, nawołują się niezrozumiałym językiem, stękaniem i świszczącym szeptem. Idą nie tłumem ani w pojedynkę, ale parami, w trójkę, pojawiąją się żeby nie wiem jakie było pustkowie, idą pewnie, jak po sznurku, jakby wiedzione specjalnym węchem, w miejscu, gdzie niedawno śmierć w huku, zgrzycie, chichocie rozrzuciła ułamki ludzkich meteorytów. Z trudem dają się ściągnąć fasowane z magazynu buty żołnierskie, jeszcze żółte od chromu i niebieskie jeszcze gwoździe podkutych podeszw. Ciężko otwierają się klamry pasów. Potem pod niebem, co po nocy tak zbliża się do ziemi, leżą już nagie, nienawistne resztki ludzkie.

Obok wzdętego pod pręgiem siodła, u którego oderżnięto już skórę tybinek, trupa końskiego leżał trup jeźdźca. Był to równie odarty trup młodego chłopca, jak można było domyśleć się z podchorążowskiego sznurka, jakim obszyty był naramiennik ocalałej na nim, porwanej kurtki polowej. To ten biało-czerwony, kręcony sznurek identyfikował młodzieńczość żołnierza, bo tam, gdzie powinna być głowa, nie było nic. Wydarty niedaleko przez pocisk lej tłumaczył, co sprawiło to okaleczenie. Bezgłowość tego torsu robiła niesamowite wrażenie. Wydawało się, że nie były to resztki człowieka, ale coś nie z tej ziemi, przyniesione tu spoza jej granic – bezwzględna obcość śmierci, co nie jest z tego świata. Nic, zakurzony ludzki tors bez głowy, jakby na urągowisko tej strasznej ofiary.”

Artykuł

#starszezwoje

#historia #literatura #ksiazki #polska #opowiadanie